Wszyscy oldschoolowcy (i nie tylko oldschoolowcy) znają grę Worms. Małe robaczki walczące ze sobą to coś co dawało frajdę każdemu. Ja jednak w tamtych czasach miałem komputer na tyle słaby, że o Wormsach mogłem jedynie pomarzyć. Wtedy w szkole na lekcji informatyki znalazłem grę o wiele starszą, ale równie dobrą, a nazywała się Scorched Earth.
SE to nic innego jak prekursor Worms. Zasady są w zasadzie takie same, z tą różnicą, że zamiast robaków mamy czołgi, które walczą ze sobą. Zasady są te same - zniszczyć pozostałych. Każdy gracz może sterować tylko jednym czołgiem, te są rozmieszczone na losowo wygenerowanym terenie, pełnym górek i dziur. Sterować można tylko i wyłącznie lufą naszego czołgu - ustalamy kąt nachylenia i siłę wystrzału. Tak samo jak w Wormsach trzeba zwracać uwagę na wiatr, który znosi nasze pociski. Tyle jeśli chodzi o rozgrywkę, nie ma się zbytnio co tu więcej rozpisywać.
Główną zaletą tej gry jest jej prostota wykonania, która potrafi przyciągnąć do monitora na bardzo długi okres czasu. Swego czasu z kolegami zagrywaliśmy się całymi dniami, a gra w ogóle się nie nudziła. Ostatnio zagraliśmy ponownie i bawiliśmy się równie dobrze co kiedyś.
Do plusów należy zaliczyć arsenał broni, który jest bardzo pokaźny. Broń możemy kupić po każdej rundzie za pieniądze, które otrzymujemy po pokonanych wrogach. A jest z czego wybierać, bo poza zwykłymi rakietami mamy też bomby potrafiące zniszczyć 1/3 poziomu, napalm, granaty i całą masę innych bajer. Jest tego bardzo dużo, więc sprawdzenie jak działa każda z tych broni zajmuje ładnych kilka, a nawet kilkanaście godzin!
Dodatkową zaletą jest mnóstwo opcji, które dostaliśmy od autorów. Zmienić można praktycznie wszystko - grawitację, siłę wiatru, wytrzymałość czołgów, ukształtowanie terenu i wiele innych rzeczy. Sprawia to tyle, że gra się po prostu nie nudzi, bo ciągle można zaczynać od początku z nowymi ustawieniami i gra wygląda zupełnie inaczej. Nawet tak świetne Wormsy nie miały aż tyle ustawień i tak pokaźnego arsenału broni.
|
Rzecz jasna można grać z komputerem, ale co to za frajda. No dobra, zabawa też jest świetna, ale o wiele lepiej jest w multi, w którym grać można nawet w osiem osób przy jednym komputerze. Ustawić można dodatkowo ilość wygranych rund do ukończenia gry, inteligencję komputera, ilość początkowej gotówki i kilka innych rzeczy.
Pora opowiedzieć coś o grafice. Niestety pod tym względem gry pochwalić nie mogę. O ile nie widać dużych pikseli to towarzyszą nam paskudne kolory. Ziemia pod nami ma jedną barwę - szarą. Tło jest kolorowe, ale również nie zachwyca. Czołgi są bardzo małe i niewyraźne. Wybuchy to już coś co wygląda wręcz tragicznie - czarno-czerwone koło, które się rozszerza i zwęża. Z dźwiękiem jest podobnie, brak muzyki i kiepskie pierdnięcia czy piski PC Speakera to po prostu coś co po kilku minutach zaczyna mocno denerwować. Głos na szczęście da się wyłączyć, a do grafiki niestety trzeba się przyzwyczaić.
Scorched Earth to gra - legenda. Jeden z największych klasyków, który znać powinien każdy, a w szczególności fani Wormsów. Mimo, że gra ma już prawie 20 lat na karku to wciąż można świetnie się nią bawić przez wiele godzin. Jeśli narzekasz na nudę lub po prostu nie wiesz w co zagrać to weź się za Scorched Earth i zagraj, najlepiej w trybie multiplayer. Na pewno nie pożałujesz.
Ocena: 8/10
| Plusy: |
Minusy: |
|
+ dużo broni i ustawień + multiplayer |
- grafika i dźwięk |
Kazzon
|